*ВЕРНУТЬСЯ*
*POWRÓT*
*BACK*


Więcej o Agnieszce Osieckiej?:

pociągnij za LINK-ę


Jeżeli jest

Na naszą słabość i biedę,
niemotę serc i dusz.
Na to, że nas nie zabiorą
do lepszych gór i mórz.
Na czarnych myśli tłok,
na oczy pełne łez
lekarstwem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest,
jeżeli jest możliwa.
Na ludzką podłość i małość.
na oschły Boży chłód.
Na to. że nic się nie stało.
a zdarzyć miał się cud.
Na szary mysi strach.
bliźniego wrogi gest.
ratunkiem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest. - jeżeli jest możliwa.
Tu kukły ludźmi się bawią.
tu igra z nami czas.
Tu wielkie młyny nas trawią
i pył zostaje z nas.
Na to. że z pyłu pył
i za początkiem kres
ratunkiem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest.
jeżeli jest możliwa.
Na krajów nędzę i smutek.
na okazałość państw .
policję. kłamstwo i nudę.
potęgę małych draństw .
Na nocny serca ból.
że człowiek żył jak pies
ratunkiem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest.
jeżeli miłość jest...


Sama chciała

Tak się urodzić
w niedzielę wieczór.
Nie chcieć, nie poczuć, nie przeczuć.
Być jak przesyłka,
jak paczka mała.
Sama chciała, sama chciała...

Tak chodzić do szkół
wszędzie po troszku.
Myśli i nerwy mieć w proszku.
Znaleźć i zgubić,
co matka dała.
Sama chciała, sama chciała...

Tak się niemądrze
w niemądrych kochać.
Nie trwać, nie czekać, nie szlochać.
Potem zazdrościć tej, co płakała.
Sama chciała, sama chciała...

Tak się na dobre
rozlubić w tobie.
Z żalu za tobą wypłowieć.
Być nazbyt cicha
lub nazbyt śmiała.
Sama chciała. sama chciała...

Tak nagle ustać
w niedzielę wieczór.
Nie czuć. nie poczuć. nie przeczuć
Wśród jasnych buków
zasnąć jak skała.
Sama chciała, sama chciała...


Ulica japońskiej wiśni

Szare ulice, szare balkony,
z widokiem na inne szare balkony,
szare żony, szare spódnice,
z widokiem na nowe szare spódnice,
gdzieniegdzie jeszcze kocie łby,
a w kocich łbach kocie sny.

Ulica japońskiej wiśni
niech ci się przyśni
co jakiś czas,
ulica japońskiej wiśni niech się wymyśli
w purpurze gwiazd.
Purpurą do góry, purpurą w dół,
na końcu purpury Kanada i księżyc na stół.

Szare kominy, ptaki bezskrzydłe
z widokiem na inne ptaki bezskrzydłe,
szare serca, biedne liczydła,
z widokiem na randkę z innym liczydłem.
Gdzieniegdzie jeszcze małe drzwi
a w małych drzwiach śmieszne sny.

Ulica japońskiej wiśni
niech ci się przyśni
co jakiś czas,
ulica japońskiej wiśni niech się wymyśli
w purpurze gwiazd.
Purpurą do góry, purpurą w dół,
na końcu purpury Kanada i księżyc na stół.
Ulica japońskiej wiśni...
Ulica japońskiej wiśni...


Uciekaj, moje serce

Gdzieś w hotelowym korytarzu krótka chwila,
splecione ręce gdzieś na plaży, oczu błysk,
wysłany w biegu krótki list,
stokrotka śniegu, dobra myśl,
to wciąż za mało, moje serce, żeby żyć.

Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust twych.

Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach,
kropelka żalu, której winien jesteś ty ,
nieprawda, że tak miało być,
że warto w byle pustkę iść,
to wciąż za mało, moje serce, żeby żyć.

Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust, braku słów,
uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust twych.

Odloty nagłe i wstydliwe, niezabawne,
nic nie wiedzący, a zdradzony pies czy miś,
żałośnie chuda kwiatów kiść
i nowa złuda, nowa nić,
to wciąż za mało, moje serce, żeby żyć.

Uciekaj skoro świt...


Na zakręcie

Dobrze się pan czuje?
To świetnie,
właśnie widzę - jasny wzrok, równy krok
jak w marszu.

A ja jestem, proszę pana, na zakręcie.
Moje prawo to jest pańskie lewo.
Pan widzi: krzesło, ławkę, stół,
a ja - rozdarte drzewo.
Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie.
Ode mnie widać niebo pokrzywione.
Pan dzieli każdą zimę, każdy świt na pół.
Pan kocha swoją żonę.

Pora wracać, bo papieros gaśnie.
Niedługo, proszę pana, będzie rano.
Żona czeka, pewnie wcale dziś nie zaśnie.
A robotnicy wstaną.

A ja jestem, proszę pana, na zakręcie.

Migają światła rozmaitych możliwości.
Pan mówi: basta, pauza, pat.
I pan mi nie zazdrości.

Lepiej chodżmy, bo papieros gaśnie.
Niedługo, pan to czuje, będzie rano.
Ona czeka, wcale dziś nie zaśnie.
A robotnicy wstaną.

A ja jestem. proszę pana. na zakręcie.
Choć gdybym chciała - bym się urządziła.
Już widzę: pieska,bieska, stół.
Wystarczy, żebym była miła.

Pan był także, proszę pana, na zakręcie.
Dziś pan dostrzega, proszę pana, te realia.
I pan haruje, proszę pana, jak ten wół.
A moje życie się kolebie niczym balia.

Pora wracać, już śpiewają zięby.
Niedługo, proszę pana, będzie rano.
Iść do domu, przetrzeć oczy, umyć zęby.
Nim robotnicy wstaną.


Niech żyje bal!

Życie, kochanie, trwa tyle co taniec,
fandango, bolero, bibop,
manna, hosanna, różaniec i szaniec,
i jazda, i basta, i stop.
Bal to najdłuższy, na jaki nas proszą,
nie grają na bis, chociaż żal,
zanim więc serca upadłość ogłoszą -
na bal, marsz na bal!
Szalejcie aorty, ja idę na korty,
roboto, ty w rękach się pal,
miasta nieczułe, mijajcie jak porty,
bo życie, bo życie to bal.
Bufet, jak bufet, jest zaopatrzony,
zależy, czy tu, czy gdzieś tam,
tańcz, póki żyjesz, i śmiej się do żony,
i pij zdrowie dam...

Niech żyje bal,
bo to życie to bal jest nad bale,
niech żyje bal,
drugi raz nie zaproszą nas wcale,
orkiestra gra,
jeszcze tańczą i drzwi są otwarte,
dzień wart jest dnia
i to życie zachodu jest warte!

Chłopo-robotnik i boa-grzechotnik
z niebytu wynurza się fal,
widzi swą mamę i tatę, i żonkę
i rusza, wyrusza - na bal.
Sucha kostucha, ta Miss Wykidajło
wyłączy nam prąd w środku dnia,
pchajmy więc taczki obłędu jak Byron,
bo raz mamy bal!

Niech żyje bal,
bo to życie to bal jest nad bale,
niech żyje bal, drugi raz nie zaproszą nas wcale,
orkiestra gra,
jeszcze tańczą i drzwi są otwarte,
dzień wart jest dnia
i to życie zachodu jest warte!


Miasteczko Bełz

Mój miły Icek
już nie bój się nocy
i ludziom w oczy patrz,
w miasteczku Bełz.

Minęło tyle lat,
harmonia znów gra,
obłoki płyną w dal,
znów toczy się świat.

Wypiękniał nasz Bełz,
w ogrodach, na drogach bez.
Nikt nie chce pamiętać,
nikt nie chce znać
smaku łez.

I tylko gdy śpisz,
samotny i sam,
i tylko gdy śpisz,
płyniesz, giniesz tam...

Gdzie tata i mama
przy tobie są znów
i czule pilnują
malutkich twych snów.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W poranne gazety ubrany
spokojnie się budzi Bełz.

Łagodny świt
w zwyczajnych dni rytm,
w niedzielę bezpieczna
nad rzekę wycieczka
i w krzakach szept.

A w piekarni pachnie chleb,
koń nad owsem schyla łeb.
Zakochanym nieba dość,
tylko cicho gwiżdże ktoś.

Miasteczko Bełz,
main sztetełe Bełz.
Wypłowiał już tamten obrazek,
milczący, płonący Bełz.

Dziś, kiedy dym.
to po prostu dym.
Pierścionek na szczęście,
w przemyśle zajęcie,
w niedzielę chrzest.

Białe ziarno, czarny mak,
młodej żony słodki smak.
Kroki w sieni... nie drżyj tak,
to nie oni. To tylko wiatr...

Miasteczko Bełz
kochany mój Bełz.

W kołysce gdzieś dzieciak zasypia.
a mama tak nuci mu:

Zaśnijże już
i oczka swe zmruż.
Są czarne,
a szkoda, że nie są niebieskie.
Wolałabym...

Zaśnijże już
i oczka swe zmruż.
Są czarne,
a szkoda, że nie są niebieskie.
Wolałabym...
Tak jakoś...


Piosenka dla Elizy

Boże, daj Elizie szczęścia łut,
warkocze dwa,
przyjaciół w bród,
a pod oknem niech jej kwitnie sad,
i niech jej nie przybywa lat!
Sukienki niech
Eliza ma
i biały płaszcz
a może - dwa?
Talenicik niech Eliza jakiś ma,
niech przędzie lub
niech wełnę tka,
dziś tak się liczy w życiu zwinnosć rąk,
gdy sięgasz po
nadziei pąk!

Dorosłą być
już być chciała,
ale jeszcze wcześnie, wcześnie mała...
Ty jeszcze śnisz dziecinne sny z pawich piór.

Boże daj Elizie parę wad,
bo po cóż nam zbyt biały kwiat?
Doskonałość niech nie grozi jej:
Fantazjo, przyjdź!
Głupoto, zwiej!

Korale niech
Eliza ma
i biały płaszcz,
a może - dwa...
Boże, daj Elizie szczęścia łut
i serca żar,
i myśli chłód...
Miłosć niech nadejdzie w piękny dzień
i niech jej nie
przesłania cień!

...Ach, tak. Będzie też i lęk
i poznasz las, las, gdzie nie śpi nikt...
Tak, tak, to nie gitar brzęk!
Czasem jest potrzebny ...krzyk.
... Boże, daj Elizie szczęścia łut...


Ach Panie, Panowie

Gasną ognie wśród łąk, biegną chłopcy znad rzek, 
chłodna noc, długa noc zawitała na brzeg. 
Śpią samotne ziemniaki w popiele 
nie przyjedzie już nikt na niedzielę... 
Jeszcze czynny GS, więcej piwa niż łez, 
lecz nie taki już tłok - przeszedł rok - minął rok. 
Sennie chwieją się łany rzepaku, 
umierają co słabsi wśród ptaków... 

Ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
czemu ciepła nie ma w nas? 

Co było, to było, 
co było, to było, 
co było, to było, 
nie wróci drugi raz. 

Ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
już ciepła nie ma w nas. 
Co było, to było, 
minęło jak miłość, 
prześniło, przelśniło - 
wyśniło się do dna. 

Poczerniały pnie drzew, liście porwał im wiatr, 
poznikały gdzieś hen, jak nadziei mych ślad. 
Nie złowione figlują szczupaki, 
minął rok, znowu rok - byle jaki...
Widzisz, kończy się bal, nie mów mi, że ci żal, 
przecież patrzysz nie tak, mówisz "szczęścia nam brak", 
zamarzają na śmierć kartofliska,
wiem, że pora rozstania już bliska. 

Ach, panie, panowie,
ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
czemu ciepła nie ma w nas? 

Co było, to było, 
co było, to było, 
co było, to było, 
nie wróci drugi raz. 

Ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
już ciepła nie ma w nas. 
Co było, to było, 
minęło jak miłość, 
prześniło, przelśniło - 
wyśniło się do dna. 

Umiem cenić twój takt, 
elegancki twój styl,
kto nauczył cię tak ładnie patrzeć na łzy? 
Jeszcze tulisz do ust moją rękę, 
lecz zapomnisz mnie jak tą piosenkę. 
Żegnaj miły, no cóż, 
jak się żegnać - to już, 
pięknie było nam z tym, 
lecz za dużo jest zim, 
ja cię może za mało kochałam, 
lecz zapomnieć to już nie umiałam. 

Ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
czemu ciepła nie ma w nas? 

Co było, to było, 
co było, to było, 
co było, to było, 
nie wróci drugi raz.

Ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
ach, panie, panowie, 
już ciepła nie ma w nas. 
Co było, to było, 
minęło jak miłość, 
prześniło, przelśniło - 
wyśniło się do dna...

przekład na język rosyjski pióra Bułata Okudżawy


*ВЕРНУТЬСЯ*
*POWRÓT*
*BACK*